Wszystkie »

  • Wpisów:13
  • Średnio co: 71 dni
  • Ostatni wpis:2 lata temu, 08:12
  • Licznik odwiedzin:2 936 / 1006 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Wymiary:

Łydka: 35,5 cm -1
Udo: 55 cm -1
Biodra: 102 cm -2
Brzuch: 100 cm 0 :(
Talia: 84 cm -3
Biust: 97 cm 0
Ramię: 30 cm 0

W sumie -7 cm, więc dupy nie urywa (dosłownie), ale jest postęp i to minimalnym wysiłkiem, co dla lenia jest nieocenione :) Zostało 15 cm do obwodów sprzed półtora roku.

Pierwszy tydzień stycznia był totalną karuzelą pracowo-osobistą, więc przeraźliwy outernet pochłonął mnie prawie bez reszty.

Słaby progres jest efektem mojego oszukiwania na proporcjach (80/10/10) w ostatnim tygodniu, a wszystko przez moje najnowsze odkrycie kulinarne, czyli ajvar - pastę z papryki i bakłażana. Niestety jest suto podlana olejem i mocno przetworzona, ale taka pyszna, że dodawałam ją ostatnio do każdego gotowanego posiłku. Całe szczęście zostało mi już tylko trochę, a smak mi się lekko znudził, ale na pewno wyląduje na liście moich stałych grzechów, razem z orzeszkami ziemnymi.

Ważne odkrycie (szkoda, że nie wiedziałam tego od początku): przed (albo z) gotowanym jedzeniem dobrze jest wciągnąć jakąś surową zieleninę w solidnej ilości. Od kiedy tak robię wszystko trawi się znacznie lepiej i po posiłku nie czuję się ciężko (chociaż jest zwykle dość potężny, np. wielka micha makaronu kukurydzianego z mieszanką warzywną - i ajvarem ;)).

Z ciekawostek żarciowych, dowiedziałam się jak się produkuje orzeszki nerkowca - i że w stanie surowym są trujące (muszą zostać porządnie ogrzane, żeby rozbić toksynę) O_o od samego macania można spuchnąć i przenieść się do krainy wiecznej szczęśliwości. Czy gdzieś.



Zgodnie z noworocznym postanowieniem jadę na narty! Hah! Nareszcie. 26.02 - 04.03. witajcie góry! Jaram się jak małe dziecko. W związku z tym zaczęłam łupać przysiady. Ze wstydem przyznam, że po 30. mam już dosyć, ale do końca stycznia chcę robić 60-70, w przeciwnym razie zakwasy popsują mi całą radość z łażenia po górach i jeżdżenia. Zaczęłam też trochę truchtać na spacerze z psem zamiast smętnie pełzać po parku. Z naciskiem na "trochę" - bieganie to mimo wszystko nie jest na razie coś, co sprawia mi przyjemność, ani w trakcie, ani po fakcie.

Rzucanie palenia idzie mi słabiej niż myślałam, ale i tu jest postęp, z 30. fajek dziennie (brr) zeszłam do 10. Dziś idę po elektrycznego fajka, zobaczymy jak to cudo działa. Znam kilka osób, które rzuciły na tym palenie dość bezstresowo, więc może jest to jakieś wyjście. W każdym razie nie jest źle.

Przy okazji chciałabym polecić blog z wegańskimi przepisami, kilka już wykorzystałam i są absolutnie genialne, a skoro mnie się udały, to na pewno udadzą się każdemu (pasztet z fasoli, mniam):
http://www.lekkojakhel.pl/
  • awatar Gość: HAHAHAHAHAHAHA no i jak tam trawnikożerco ile ci przybyło tu i tam cm na takim żarciu? A choróbska już się ujawniły czy jeszcze za chwilkę? HAHAHAHAHAHA I dlaczego już nie patostrimujesz? Dobrze karyniłaś :(
  • awatar Violet-Lila: Dobre wieści, skoro cm i kg lecą w dół :) A ajvar zrób sobie sama bez tłuszczu. będzie pyszny i zdrowy. Zazdraszczam wyjazdu w góry. Sama szykuję się na zwiedzanie Londynu, ale to na początku lata chyba dopiero. O nerkowcach nie wiedziałam, a lubię z nich serki.
  • awatar Sad girls smoke a lot: dobrze, że chociaż 7 cm c:
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Komentarz fabularium natchnął mnie epicznie (yup, jest takie słowo), więc mózg węglami podlawszy poczęłam tworzyć.

Wstaje nowy dzień, 1. stycznia 2016. Przedziwnym zrządzeniem losu każdy człowiek na świecie powziął noworoczne postanowienie, że nigdy już nie tknie mięsa ani żadnej rzeczy, która zwierza jest, pojął bowiem że to niegodne i zbędne, a nawet szkodliwe.

Każden Kowalski, Smith, Hernandez, Schmidt i Wang opróżnia swą lodówkę i spiżarkę z padliny oraz wydzielin gruczołowych i maszeruje do warzywniaka (który jest zamknięty, bo jest Nowy Rok, więc idzie na stację benzynową i kupuje soki, żeby zrobić oczyszczenie organizmu).

Media szaleją, najpopularniejsze hasztagi na portalach społecznościowych to #wege i #coteraz, hodowcy rwą włosy ze swych krągłych głów i obgryzają paznokcie, by nie paść ofiarą niedoboru białka i wapnia.

Ceny zbóż, soi, kukurydzy i wszystkiego czym się futruje zwierzaki lecą na łeb na szyję, bo trzeba to przecież sprzedać, spada popyt na paliwo (bo stają potężne fabryki mięsiwa/nabiału i ciężarówki, które to przewożą), a wraz z popytem spada cena. Oba te czynniki sprawiają, że można teraz dostarczyć jedzenie i wodę do krajów trzeciego świata. Toniemy w przeterminowanym mleku, jogurcie i serze, na wysypiskach grasują drapieżniki i padlinożercy, przyciągają je tony gnijącego mięsa. Ten problem rozwiąże się sam w ciągu kilku tygodni.

Ludzie już za kilka lat będą znacznie mniej chorować: na cukrzycę (główna przyczyna: tłuszcze zwierzęce, polecam poczytać np. http://care.diabetesjournals.org/content/25/3/620.full), raka (główna przyczyna: tłuszcze zwierzęce http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/2057469) i wielu przewlekłych chorób spowodowanych wysokoproteinową dietą. Składki ubezpieczeniowe spadną, więcej kasy dla nas, żeby napędzać koniunkturę.

A teraz co ze zwierzętami z elegancko nazwanego "chowu przemysłowego"? Część jest już zbyt chora, przekarmiona, przechemiowana, żeby uratować im życie. Jeszcze niedawno trafiłyby na stoły, chociaż mają gnijące rany, wrzody, różne infekcje i pasożyty i ledwo stoją - czy nawet ledwo dyszą, leżąc na brudnej od odchodów ziemi - teraz trzeba je uśpić. Niestety na pewno nie tak humanitarnie, jak usypia się domowe psy, koty i innych milusińskich, bo to za droga impreza (a i właściciel pewnie niechętny takim zabiegom). Nie umrą na rekach ukochanych ludzi, spokojnie zasypiając. Raczej umrą tak samo, jak żyły - w ścisku, przerażeniu i bólu. Czyli w komorze gazowej. Tym sposobem pozbywamy się łagodnie kalkulując 1/4 całej populacji świń, krów, kurczaków i innych stworzeń, które do tej pory były dla nas jedzeniem. Zostaje 3/4, czyli wcale niemało.

Co teraz? Zabić wszystkie? Kasy z tego nie będzie, bo nikt już nie chce tego jeść. Przemysłowa krowa żyje koło 5 lat, chociaż mogłaby 20, ale jej ciało więcej nie wytrzymuje. Przestajemy je na siłę rozmnażać. Żeby zarobić na nich jeszcze chociaż trochę, przerabiamy ubojnie i farmy hodowlane na barbarzyńskie skanseny, których będziemy się wstydzić przed wnukami. Żadne następne pokolenie nie będzie już cierpieć.

Jakiś niewielki procent na pewno znajdzie schronienie w licznych instytucjach i dożyje spokojnej, zasłużonej starości w takich miejscach, jak Animal Sanctuary - i nawet dla tego niewielkiego procenta moim zdaniem warto zmienić świat.


Wena mi się kończy, a wydarzyłoby się jeszcze tyle rzeczy... Zmniejszenie globalnego ocieplenia i wycinki lasów pod pola, koniec z wyzyskiem rolników, tańsze pożywienie, tęcza i kucyponki. Nie wydaje mję się to scenariuszem rodem z horroru, raczej hippisowską utopią. Czego i państwu życzę.
 

 
W przyszłym roku zamierzam przede wszystkim rzucić palenie. Nareszcie czuję się gotowa, żeby zerwać z tym idiotycznym nałogiem, bo czuję się stabilniejsza emocjonalnie (i duży wpływ ma na to dieta). Swoją drogą faje są dowodem na to, jak absurdalnym jesteśmy gatunkiem. Ktoś kiedyś wpadł na to, żeby suszone liście upchać w drewnianą rurkę albo zawinąć w większe liście, wsadzić sobie do paszczy i podpalić. I zamiast postukać się zbiorowo w czoła nad losem plemiennego głupka, wszyscy to podłapali... Niewiarygodne.

W związku z poprawiającym się pomału ale stale samopoczuciem, moim drugim postanowieniem jest NIE chudnąć celowo, tylko po prostu na spokojnie obserwować efekty nowego stylu życia. Mniej stresu i więcej radości.

Trójka to nareszcie (pierwszy raz od pięciu lat) pojechać na PRAWDZIWY urlop - na narty. Zbieram się do tego co roku, ale ciągle coś idzie nie tak: a to zdrowie, a to kasa, przeprowadzka, (tu wstaw długą listę smętnych wymówek)... Ale w tym roku w końcu pojadę! Choćby nie wiem co.

Numer cztery: kondycja. Nareszcie czuję w sobie energię i chęć do ćwiczeń. I mimo całej tej chęci moje ciało niestety jeszcze nie nadąża za entuzjazmem. Więc postanowienie: znaleźć taką formę aktywności, jaka sprawia mi przyjemność i uprawiać ją NAJMNIEJ trzy razy w tygodniu. Sugestie mile widziane. Jedynym, co mnie odstręcza jest lawirowanie w tłumie spoconych lachonów będąc półtora skoku za nimi na zajęciach aerobiku - nigdy i za nic. Nawet jak już sama osiągnę pożądany stopień lachoństwa, aerobik na szczebelkach mojej drabiny absurdu znajduje się tuż pod paleniem fajek.

Numer pięć jest w zasadzie niepotrzebny, bo oczywisty, ale to moja szczęśliwa liczba, więc: trzymać się weganizmu jak małpa banana. I rozwijać go na wszystkie sfery życia (ubrania, kosmetyki, aktywizm i samoświadomość), bo jest dobry, pozytywny i przynosi wyłącznie korzyści - i mnie i światu.

Życzę wszystkim wytrwałości i spełnionych marzeń oraz postanowień na 2016 i wszystkie kolejne lata :)

PS. Zmieniałam wpis pierdylion razy, bo ciągle wyskakiwało "Błąd dodawania wpisu. Wykryto spam." :/ WTF, pinger, ja się pytam?
 

 
Freelee zrobiła swego czasu dość kontrowersyjny filmik, w którym stwierdziła, że ludzie jedzący mięso nie zasługują na to, aby żyć (dla zainteresowanych: /watch?v=EYPAxEcZeuw). Podobnie jak wiele innych jej filmików, tak i ten był obliczony na gównoburzę i dużo wyświetleń - im więcej ludzi to zobaczy, tym więcej się zainteresuje tematem (niekoniecznie się z nią zgadzam, bo nie sądzę, żeby akurat takie teksty mogły kogoś przekonać do jasnej strony mocy, ale niech jej będzie, i tak będę jej wdzięczna po wsze czasy).

Z tego filmiku przeszłam do wideo jakiegoś oburzonego mięsojada (który ni w ząb nie zrozumiał przesłania), a potem zjechałam w komentarze. Większość oczywiście wyrażała oburzenie na Freelee i krytykowała weganizm, ale jeden był tak durny, że mój starannie wyczesany włos zmierzwił się nieodwracalnie:



tłumaczenie (tylko że bez błędów ortograficznych):
"Uwielbiam, jak ona nienawidzi farm futrzarskich, a sama najwyraźniej nosi koszulkę z MATERIAŁU"

Kurwaco.

W dodatku 225 osób to polubiło...

Pamiętajcie, kochani aspirujący do etycznego stylu życia, starający się szanować każde żywe stworzenie: BAWEŁNA TEŻ CIERPI! Każdego dnia niewinne roślinki są brutalnie oddzielane od swoich rodzin, wyrywane z gleby, na żywca przepuszczane przez mielarkę, prasowane i farbowane!

Tyle, że nie.
  • awatar fabularium: @frutilla: Dziękuję za miłe słowa :-) Tyle tu u Ciebie informacji na temat żywienia - chętnie z nich skorzystam.
  • awatar fabularium: @frutilla: Jestem krótko, ale bardzo mi to odpowiada (i zwierzakom zapewne też ;) ) A wegetarianką jestem od około 16 roku życia... Normalnie urosłam: jestem raczej wysoka, niepokrzywiona itd. ;) Ostatnio spotkałam się z zarzutem, że gdyby tak wszyscy przeszli na wege, to by się odbył jakiś straszny holocaust zwierząt w tych wszystkich fabrykach mięsa... Bo jaki byłby ich los... Albo (to od osoby ze strony racjonalistów na Fb): no, ale gdyby nie mięsożercy, to te wszystkie zwierzęta hodowlane nie miałyby szansy zaistnieć (sic!). Buhaha.
  • awatar frutilla: @fabularium: wow, jesteś wege? :)urzekły mnie Twoje posty, szczególnie ten o Szczecinie, a teraz masz u mnie bonusowe love! A ja kupiłam wczoraj pieczarki... Biedactwa, NIE WIEDZIAŁAM :( czeka mnie wobec tego risotto krwawe i pełne cierpienia, pszesz nie wyrzucę ;) @Violet-Lila: jestem na etapie bojującego nowicjatu, ale wyrobię sobie odporność na debilizm, to moje noworoczne postanowienie. Ale dzięki za przypomnienie, że popcorn jest wege :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Droga Redakcjo,

Podzieliłam się póki co z trzema bliskimi osobami moim nowym stylem życia. Wszystkie trzy wyraziły ubolewanie, że nie dostarczam sobie białka. To oznacza, że przede mną mnóstwo nerwów i powtarzania w kółko tego samego. Jupi.

Rozumiem, że to nie był atak, tylko szczera troska, ale wyjaśnijmy to sobie raz na zawsze: owoce, warzywa, zboża, nasiona i wszystkie możliwe roślinne produkty zawierają białko (a właściwie aminokwasy, z których produkujemy białko). Niektóre nawet aż za dużo. Dowód? Proszę bardzo.

Oto białko, którego dostarczam sobie jedząc 5 bananów (czyli mniej, niż obecnie wynosi moje śniadanie):



A tyle białka dostarczam przez cały dzień, jedząc nieco mniej niż powinnam (1872 kcal) na wyłącznie roślinnych produktach:



Takich, o:



Więc jak widać czarno na szarym, dostarczam sobie WSZYSTKICH niezbędnych białek nie jedząc nic zwierzęcego. NIC.

Jak ktoś nie wierzy, niech sobie odtworzy mój jadłospis na https://cronometer.com/ (rejestracja jest szybka i darmowa). A przy okazji może zobaczyć, że załatwiłam tym jadłospisem niesławną B12 w 86%, a i tak biorę suplement.

Jeśli ktoś sprawdza, to zaznaczam, że podane procentowe wartości są obliczone na kobietę, 165 cm, 73 kg, umiarkowana aktywność fizyczna.

Dziękuję za uwagę.

PS. Z ciekawości sprawdziłam ile jest w typowym "normalnym" śniadaniu. Podane tłuszcze i białka są dla śniadania składającego się z 2 ugotowanych, średnich jajek, plastra szynki z indyka, łyżeczki masła i 2 kromek chleba (czyli zupełnie przeciętna poranna wyżerka, a i tak litościwie pominęłam majonez):

http://b2.pinger.pl/ab9c5ed94d1234cc8ff86adbcb48401c/sniadanie.png

Ciężko mieć niedobór białka na jakiejkolwiek diecie (chyba, że głodowej), za to nadmiar prowadzi do wielu ciekawych chorób, polecam uwadze zatroskanych.
 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 


Kiedy zobaczycie końcówkę filmu, nie zostaje już nic do dodania. Ręka w górę, kto chce ją zabić i zjeść?

Kto chce wsadzić ją do ciasnego boksu i przykuć do ściany, tak że przez lata nie będzie mogła nawet się odwrócić, a co dopiero biegać? Kto chce ją zapłodnić i pić jej mleko, razem z ropą, która wycieka z wymion ze stanem zapalnym - nieuniknionym przy ciągłym kontakcie z dojarką?

Nie wiem, czy uda mi się utrzymać zdrowy styl życia - ćwiczyć i ograniczać tłuszcze, ale nie kalorie. Ale wiem na pewno, że nigdy nie wrócę do mięsa, jajek i nabiału. Nie chcę już nigdy sponsorować niewolnictwa, cierpienia i śmierci. Nic z nich nie mam.

I owszem, jestem egoistką i bywam próżna, moją motywacją do przejścia na weganizm nie była Maxine ani inne zwierzęta, tylko moje zdrowie. Ale to zwierzęta są powodem, dla którego nigdy nie wrócę do poprzedniego życia.

Wiedza o tym, co naprawdę dzieje się w przemyśle mięsnym i nabiałowym to siła.

Życzę wszystkim otwartych serc i oczu.
 

 
Niejedzenie odzwierzęcych rzeczy w święta okazało się niebywale proste. Pierogi z kapustą i uszka z grzybami z ciastem bezjajecznym, kwaśna kapucha z podgrzybkami, barszcz, tzw. sałatka polska z banalnie prostym majonezem wegańskim (pyszna! I oczywiście bez jajek!).

Majonez ma tylko 4 składniki:
-niesłodzone mleko sojowe (lub inne roślinne, ale z tych cięższych. Ryżowe np. się nie sprawdza)
-olej (ja używam z pestek winogron)
-ocet jabłkowy (może być też zwykły albo cytryna)
-szczypta soli

Olej i mleko dajemy w proporcjach 2:1 (mnie filiżanka do espresso oleju i pół filiżanki mleka starczyły na michę sałatki), niepełna łyżka octu (jak ktoś lubi kwaśniejszy, można dać więcej) i sól, wrzucamy do blendera i miksujemy ok 30 sek. Emulguje się jak marzenie, smakuje pysznie i żadna kura ani Mućka nie ucierpiała w procesie produkcji. A poza tym nawet najbardziej upośledzona kulinarnie osoba (czyli ja) zrobi go szybko i bez problemu :) Przepis nie jest mojego autorstwa, ale za nic nie mogę znaleźć skąd do wytrzasnęłam. Jedyną ważną sprawą jest, żeby mleko i olej miały mniej więcej temperaturę pokojową, jeśli będą mieć różną może się rozwarstwiać. No i wszelkie smakowe dodatki mile widziane: musztarda, czosnek, kolorowy pieprz, suszone pomidory, czego dusza zapragnie. Sos wielofunkcyjny :) Samą sałatkę zrobiłam z warzyw (marchew, ziemniaki, seler, pietruszka) upieczonych w piekarniku - mają o wiele słodszy, intensywniejszy smak, niż ugotowane - i dorzuciłam groszek i ogórki konserwowe, mniam.

Wege-majonez to nie jest to oczywiście coś, co polecam na co dzień - olej sam w sobie, z czego by nie był, nie jest zdrowy, bo to skoncentrowany tłuszcz z BARDZO dużej ilości roślin i nasz organizm nie bardzo wie, co zrobić z takim fantem, który w naturze nie występuje w podobnym stężeniu, ale w niewielkich ilościach, jako dodatek, nie powinien zaszkodzić naszemu zdrowiu i samopoczuciu.

To była pierwsza wigilia, na której jadłam bez ograniczeń, bez wyrzutów sumienia i bez bólu i złego samopoczucia następnego dnia. Nie mogę przestać się zachwycać, że coś tak banalnego i w gruncie rzeczy mega łatwego jak niejedzenie zwierzęcych produktów, może kompletnie zmienić samopoczucie, nawet kogoś, kto jest łasuchem.

Bez względu na wyznanie: spokojnego, chudego i miłego okresu świątecznego wszystkim życzę ja i moje banany :)
 

 
Ponieważ wagi w domu nie posiadam i nie zamierzam, jedyny sposób, żeby śledzić swoje postępy, to cielska obwody. Więc się pomierzyłam - i jestem nieco zniesmaczona efektami (w porównaniu do zapisu sprzed 1,5 roku mam w sumie w obwodach więcej o 22cm... SIC! A czuję po spodniach, że kilka cm już poleciało.). No ale niech tam, tym bardziej będzie cieszył postęp. Więc bez dalszych wstępów:

Łydka: 36,5 cm
Udo: 56 cm
Biodra: 104 cm
Brzuch: 100 cm
Talia: 87 cm
Biust: 97 cm
Ramię: 30 cm

Ghhhh... To trudny moment, naprawdę trudny. Zobaczyć na liczbach - zimnych i obiektywnych - jak bardzo obciążyłam swoje ciało. Aż odechciało mi się jeść - a to niedobrze.

Nie stawiam sobie wygórowanych celów, bo wiem, że to tylko znów napędzi chorą machinę głodzenia się i obżerania. Po prostu raz na 2 tygodnie będę się mierzyć. Głównie ze sobą.

Jest mi teraz naprawdę źle i mam ochotę się rozpłakać, chociaż wiem, że teraz jestem na jedynej słusznej i zdrowej drodze, żeby to zmienić.

Damn it.
 

 
Coraz lepiej komunikuję się ze swoim ciałem i to jest fantastyczne (i zupełnie nowe) uczucie.

Wcześniej byłam zmęczona i głodna w zasadzie cały czas i nienawidziłam za to mojego głupiego, nieatrakcyjnego ciała. Byłam na nie wiecznie zła, że mnie sabotuje, bo chce jeść, spać, jest słabe, choruje i generalnie do dupy i niech spada.

Teraz dopiero widzę, że to ja sabotowałam swoje ciało, a nie ono mnie. Wpychałam w nie chemię, tłuszcz i rafinowany cukier, nie dawałam mu wody, błonnika ani odżywczych składników, żeby mogło się zregenerować i oczyścić, nie dawałam mu odpocząć, tylko ciągle pompowałam w nie kawę, a na dobicie serwowałam alkohol, żeby się zresetować, rozluźnić i zapomnieć o problemach. Na sam koniec, za karę że tak kiepsko to wszystko znosi (a dziś dopiero widzę, że mam naprawdę dzielne ciało, które za LATA takiego traktowania mogło mi się odwdzięczyć dużo gorzej - zdrowotnie i wagowo) fundowałam mu głodówki na poziomie 500-600kcal, tylko po to, żeby za kilka dni/tygodni znów rzucić się na najtłustszy, najbardziej kaloryczny szajs, jaki wpadł mi w łapy.

Teraz, po dwóch tygodniach wegańskiej diety (z przewagą surowizny), zaczynamy się w końcu ze sobą komunikować, zaczynam je doceniać, zamiast traktować jak obcego pasożyta, który ciągle czegoś chce.

Kiedy traktuję je dobrze: nawadniam, karmię naturalnym, łatwo strawnym jedzeniem, śpię około 7-8 godzin, ono w nagrodę odwdzięcza się tym, że cały dzień nosi mnie bez skargi, nie boli, nie nęka zachciankami i ładniej wygląda. Kiedy zrobię coś nie tak - daje mi znać, że cierpi i już mnie to nie wkurza, tylko myślę sobie "OK, teraz współpracujemy, więcej ci tego nie zrobię".

[Ostatnim błędem była gotowa, marynowana sałatka ze słoika zjedzona w towarzystwie ziemniaków. Uwielbiam rzeczy z octu, więc mam nadzieję, że chodziło tylko o połączenie, następnym razem spróbuję ją zjeść bez żadnych dodatków, a jak to nie podziała - trudno, trzeba będzie zrezygnować. W każdym razie nastąpił niemal natychmiastowy bunt organizmu - kamień w żołądku, ból jak przy przejedzeniu, koszmarne pragnienie - wypiłam prawie 1,5l wody zaraz po posiłku (to też dla mnie nowość, że od razu sięgam po oczyszczającą wodę, zamiast położyć się pod kołdrą, zwinąć w kłębek i stękać, bo wiadomo - stękanie najlepsze na trawienie!), dojście do siebie zajęło mi jakieś 2 godziny.]

Odkąd dostarczam sobie około 2000kcal ze zdrowego, wysokowęglowodanowego pożywienia w zasadzie nie mam zachcianek. Zaraz przed zmianą żywienia miałam paniczne myśli - ale jak ja PRZEŻYJĘ bez mleka do kawy, mięsa, sera, jogurtu?! GDZIE MOJA CZEKOLADA?! I w sumie nadal się dziwię, że moje ciało tego nie chce - przecież żyło na tym cały czas, z samego przyzwyczajenia powinnam się ślinić na widok ciastek, mięsa albo budyniu. A tu NIC. Kiedy czuję nadchodzący głód, to mam ochotę na banana, melona albo jabłko. Mózg załapał teraz totalną obsesję na brzoskwinie i nektarynki - niestety nie do dostania w zimie. Może uda mi się znaleźć jakieś w miarę niechemiowane przetwory albo mrożonki.

Zgodnie z nowo nabytą wiedzą, że ciało nie jest debilem, sprawdziłam, co takiego jest w brzoskwini, czego może mi brakować (za wikipedią):
"Z uwagi na działanie zasadotwórcze i moczopędne, stosowane przy chorobach reumatycznych i schorzeniach układu moczowego. Działa uspokajająco. Bor podnosi poziom estrogenu, przez co przeciwdziała osteoporozie. [...] Owoce są bardzo smaczne i zawierają węglowodany, związki magnezu, fosforu i potasu, prowitaminę A, witaminę C i witaminy z grupy B.". Obstawiam, że chodzi o estrogen - niedawno odstawiłam tabletki anty, więc wracam do równowagi hormonalnej.
Nigdy nie byłam gadułą, a tu proszę, jakie elaboraty, wow. A jeszcze tyle chcę napisać!
Na teraz koniec, bo czas na dzień pracy.

Wrzucam jeszcze bilans z wczoraj, zadzieram kiecę (albo raczej nogawki ;)) i lecę.

 

 



Wczorajszy bilans udał się nieźle. Najłatwiej poznaję, czy miałam dobry dzień pod tym względem po jakości snu - dzisiaj 8 godzin, bez wybudzania się, zasnęłam bez problemu, obudziłam się wypoczęta. Od bardzo dawna nie miałam takiego luksusu, jak zdrowo przespana noc.

Z ciekawości sprawdziłam dokładnie (po paragonach ;)) kiedy zaczęłam tę dietę (na razie nie mogę tego jeszcze nazwać stylem życia, bo to oznacza więcej niż jedzenie - również kosmetyki, chemia, ciuchy itd., a to będzie wymagać czasu i niestety również pieniędzy). Dziś jest dopiero dziesiąty dzień! Mowię "dopiero" bo przez te 10 dni zmieniło się porażająco dużo.

Co już dostałam:
1. Ładniejsza cera - bardziej promienna, dokrwiona, jędrniejsza skóra na brzuchu i udach (chociaż tu pomogla nie tylko węglowodanowa dieta ale też masaże ostrą gąbką)
2. Bardzo dobra jakość snu
3. Uczucie sytości i spokoju - nic mnie nie kusi
4. Jaśniejszy umysł i ogólnie lepszy nastrój - nie ma rewelacji, ale jest naprawdę odczuwalnie lepiej
5. Więcej energii
6. Lekka poprawa jeśli chodzi o paznokcie, ładniej wyglądają, są mniej kruche
7. Rewelacyjna perystaltyka! I bezwonna ;) I co za tym idzie - bardziej płaski brzuch.

Nie wiem, jakie rezultaty mam jeśli chodzi o utratę kg, bo nie mam wagi, ale po spodniach czuję, że są luźniejsze. Czy może raczej mniej ciasne. Ale to tylko przyjemny skutek uboczny, bo najważniejsze jest moje samopoczucie - tak dobrze nie czułam się od lat i rozmiar ubrania schodzi wobec tego na dalszy plan. Mimo wszystko fajnie jest popatrzeć, jak ciało staje się szczuplejsze i chociaż po 10 dniach nie mam się jeszcze czym pochwalić, ten filmik działa jak najlepsza motywacja:


Nie tylko ze względu na wagę ale na to jak ZDROWO ci ludzie wyglądają.

Idę miksować banany :)
 

 
Bardzo ciężko mi dobić do 2000 kcal dziennie. Na śniadanie zjadłam ok. 400 (3 banany, jabłko i kilka daktyli), do pracy, ponieważ nie mam możliwości żeby tam w spokoju zjeść posiłek, mam 2 l smoothie - 1 z 4 bananów (ok. 400 kcal), drugi z 4 kiwi, 2 jabłek i garści szpinaku (niecałe 300kcal). To tylko 1100 kcal... Na kolację opchnę może z 600, więc jestem jakieś 300 kcal do tylu i nie mam już żadnych dojrzałych bananów. Te z zieloną i jasnożółtą skórką mają dużo skrobi, która źle wpływa na trawienie - dopiero te brązowe mają skrobię rozłożoną do fruktozy i dają dobrą, zdrową energię i dobrze się trawią. Deficyt na tej diecie to duży błąd, który spowalnia metabolizm i nie pozwala korzystać z jej uzdrawiających właściwości, a na tym zależy mi w tej chwili znacznie bardziej, niż na numerku na wadze. Cieszę się, że znalazłam praktyczną stronkę z kalkulatorem kalorii, naprawdę pomaga kontrolować odpowiednie proporcje składników odżywczych (białko/węgle/tłuszcz) i przede wszystkim świadomie dostarczać ciału odpowiedniej ilości kalorii, żeby mogło sprawnie działać. W owocach jest moc ;)

Kalkulator:
http://www.tabele-kalorii.pl/#kalkulator-kalorii

Nie jest to idealne rozwiązanie, ale spróbuję kupic jakiś gotowy mus (może bobofrut? Zależy mi na minimalnej obróbce, szczególnie chemicznej. Znacie coś?), żeby dopakować chociaż te 200kcal. Nigdy nie sądziłam, że znajdę tryb życia, na którym będę się zastanawiać, jak jeść WIĘCEJ.
 

 
Postanowiłam założyć bloga, ponieważ zmieniam swój styl odżywiania i czuję, że potrzebna mi baza wiedzy o sobie i jedzeniu. Co robię dobrze, co robię źle, jak się czuję.

Moja pozycja wyjściowa jest "ciężka" ;) w tej chwili mam 28 lat i od mniej więcej piętnastu się odchudzam. Przeszłam przez większość popularnych diet, które pomału wykańczały mój metabolizm. Od mniej więcej roku zupełnie odpuściłam, żarłam wszystko i w kompletnie popieprzony sposób. Rano 2 kawy z mlekiem i kilka papierosów, jakiś sok albo baton czy cokolwiek innego koło południa i wieczorem długi, olbrzymi i tłusty posiłek, często coś na wynos a potem chrupki, orzeszki, coś słodkiego (np. całe opakowanie ciastek, dwie czekolady, budynie, ciasta, pączki etc.). Potrafiłam zacząć jeść wieczorem o 19. i skończyć o 22. Byłam po tym wykończona psychicznie i fizycznie, nie mogłam spać mimo potężnego zmęczenia, miałam szarą skórę, fatalny humor, na zmianę depresyjny albo agresywny i oczywiście rosnącą dupę i brzuch. W toalecie byłam raz w tygodniu - i nic dziwnego, moja dieta składała się głównie z nabiału, mięsa, tłuszczu i słodyczy.

Do tego dochodzi dużo problemów zdrowotnych jak na tak młodą osobę: syndrom chronicznego zmęczenia, bóle stawów i rozwalony kręgosłup (od nadwagi), ciągłe zapalenie zatok, problemy z nerkami, zapalenie pęcherzyka żółciowego (całe szczęście udało się go ocalić ale schodzenie kamieni było bólem nie z tej ziemi, dwa tygodnie ciągłego, koszmarnego bólu, jakby ktoś uparcie dźgał mnie dzidą przez klatkę piersiową), ustawiczne przeziębienie/ zapalenie oskrzeli i kaszel, problemy trawienne... i więcej.

Z przeciętnie atrakcyjnej dziewczyny stałam się naprawdę brzydką kobietą: jestem ciągle smutna, zła albo zmęczona, wypadają mi włosy (mam łyse placki - na razie nieduże ale frustrujące), łamią się paznokcie, mam okropną skórę i zmarszczki, cellulit widoczny bez żadnego napięcia skóry i nadwagę - około 13 kg (ważę 73 kg przy wzroście 166cm).

Muszę przyznać, że dietą która wykończyła mnie najbardziej była dieta Dukana i już do końca życia będę przed nią wszystkich ostrzegać. Byłam na niej około 5 lat temu. Z 88 kg schudłam do 60 kg i to były najgorsze miesiące mojego życia. Moja skora była obrzydliwa, szara i zwisająca, spałam po kilkanaście godzin dziennie, nie miałam siły na nic, ciągłe migreny, schudłam - tak, ale nie słyszałam komplementów, ludzie raczej mówili mi, że wyglądam okropnie. Najgorsze były miażdżące bóle głowy od braku węglowodanów i problemy z nerkami od kompletnie zakwaszonego organizmu. Horror. Po powrocie do normalnego jedzenia oczywiście waga wróciła. Nie cała, bo od tamtego czasu waha się między 70 a 75, a to tylko dlatego, że w międzyczasie usiłowałam wykończyć swój organizm również innymi sposobami - tabletkami, herbatkami, niedojadaniem na przemian z obżeraniem się.

Co się zmieniło? Zupełnie niedawno (około 2 tygodnie temu), siedząc przed komputerem i opychając się do bólu flaków ciastkami, trafiłam na filmiki Freelee the Banana Girl. Pomyślałam "kolejna paskudna skinny bitch, gada bzdury i nabija sobie kabzę, pewnie je jeden chlebek vasa dziennie i siedzi godzinami na siłowni, pstrykając selfie, tępa dzida". W pierwszym kontakcie jest niesamowicie irytująca, ale coś w moim mózgu pisnęło "Ej, coś w tym jest!" i oglądałam dalej. I dalej, i dalej, od Freelee, przez That Vegan Couple i mnóstwo, mnóstwo innych ludzi - szczęśliwych, zdrowych, szczupłych, promieniejących i krzyczących "ŻRYJ CUKIER".

Jak wspomniałam, byłam na diecie Dukana i wielu innych, które promowały wysokobiałkową i niskowęglowodanową dietę - węgle to przecież zUo! Węgle są gorsze niż Hitler! Ale potem zaczęłam się nad tym zastanawiać. Czy na którejkolwiek z tych diet czułam się dobrze? Czy którąkolwiek chciałabym stosować całe życie? Pardą maj frencz, ale no kurwa NIE. Po stokroć NIE.

I tak znalazłam się w punkcie, w którym po przemyśleniach i researchu postanowiłam spróbować #RawTill4. W telegraficznym skrócie, polega na jedzeniu wyłącznie wegańskiej surowizny (głównie owoców) do umownej 16. a na podwieczorek i kolację gotowanego wegańskiego posiłku z zachowaniem proporcji 80/10/10 dla węgli/białka/tłuszczu i jedzenia odpowiednio wysokiej ilości kalorii (min. 2000 przy normalnym, niezbyt aktywnym trybie życia).

Zaczęłam w pełni stosować się do tych zaleceń niedawno, nieco ponad tydzień i muszę powiedzieć, że już czuję zmiany - lepiej śpię, mam więcej energii, mój mózg nareszcie wyrywa się z letargu po latach niedożywienia. Czuję, że coś, co miało być eksperymentem ma szansę stać się częścią mnie. Chcę mieć pewność, że robię dla siebie coś dobrego, zminimalizować błędy, a może uda mi się znaleźć innych, którzy też wchodzą na tę ścieżkę (albo ich na nią wciągnąć), wymienić się wiedzą i doświadczeniami.

Przykładowy filmik z kanału Freelee:

Trochę informacji o diecie, na której częściowo oparta jest RawTill4, czyli 80/10/10 Grahama:
http://surowadieta.blogspot.com/2012/03/801010-dough-graham-i-zmiana-diety.html

Postaram się kumulować tu informacje na temat tego stylu życia, za i przeciw, i tego jak na mnie wpływa. Wszelkie uwagi mile widziane i do zobaczenia :)

PS. Tło bloga pochodzi ze strony świetnego artysty - Richarda The. Facet ma naprawdę niesamowity talent do tworzenia prostych, ale niezwykłych obrazów i projektów.

URL do bananowej ściany:
http://www.richardthe.com/img/BananaWall_1_detail.jpg

Strona główna:
http://www.richardthe.com/overview/ (polecam zobaczyć projekt Parasite!)